Miłej lektury


Prawa autorskie zastrzeżone. Teksty i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych. Kopiowanie, reprodukowanie w części lub w całości bez pisemnej zgody autora jest zabronione.

[Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.]

(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).



Wierszydła
Bożena Barda



pasmo/cykl: Poe. Myślunki


Z rzeki. Poe. Nad. To           


Kamili

Musisz nauczyć się wybierać myśli
tak jak wybierasz ubrania.
[Jedz, módl się, kochaj]


To nie przypadek, że białe drobinki nie tkwią w ciele. W kamiennej płycie
nie pozostawiły drzazg. Chciałabym powiedzieć nie martw się,
później złamać ustalone reguły, ale nie jest łatwo.

Odkąd korespondujemy, wszechświat zaczął rosnąć,
a ty nosisz imiona bogów. Wyjątkowy symbolizm matematyczny.
Stanowią jedno, warstwy geologiczne sprzed milionów lat.

Opisz to, co widzisz, napełnij spokojem, szmerem. Wody

w układzie tworzą ogon łabędzia. Odkąd niebo ciemnieje,
nie wolno robić kilku rzeczy naraz, choć to dziwne,
skoro dopiero dziś rano wyszłyśmy stąd.

Cienie wydłużają się. Na podobieństwo dzikich zwierząt
wędrujemy ku rzece. Odległe miejsca, koniczyna i piołun,
trzy struktury, które można dostrzec. Zobaczyć
w szerszej perspektywie

księżycową geologię. Dziewczynkę,
która wyłania się.


(06 września 2016)





Jeszcze. Za. Jawki           


Mamy swoją formułkę, a co się w niej nie mieści, nie istnieje.
[Roman Kurkiewicz]


Najważniejsza jest konsystencja. Pustynia zawarta w jednym ziarnku.
Opiera się destrukcji na kształt śladów w skałach. Nie powiedzą
jak powstało życie, seria udokumentowanych wydarzeń.

Gdzie trafisz, gdy otworzę drzwi? Dni

są coraz dłuższe, gdy zamyka oczy i daje się złapać. Złamać
można każdego. Owinąć wokół włosa, jakby to nie był wybuch,
tylko odrzucenie. Moje własne Olimpus Mons, mówi Poe

i w czerwonej poświacie czerpie korzyści z wiatru. Z wiatrem
przebudowują się i rozrastają, jak centra recyklingu. Naturalne
kosmiczne zjawisko w spiralnych ramionach.

Mogę się tylko domyślać, szepcze Sue, zmumifikować nazwy, zbadać
zbocza wulkanu, zestaloną lawę
. Jak wtedy, gdy tworzyły mechanizm,
niewidoczną otoczkę wszechświata. Jakby wrastał w nią. Sen

Poe. Trwa na malowidłach.


(17 czerwca 2016)





W historiach. De. Menty           


Wiersze nie muszą się rymować. Wystarczy, że będą pomysłowe.
[Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom]


Koniec nigdy nie jest szary. Może być biały albo czarny. Możesz patrzeć,
ale nie dotykaj. Odkąd bywam w różnych wielkościach, nie boję się
błądzenia ani sekretów wody. To iluzja. Podobnie jak kobieta
w czarnej sukni. Stoi na klatce dla ptaków,

a słoń z drzewami na grzbiecie przemierza pustynię.
Co by było, gdyby wyschły oceany? Niebieskie olbrzymy
noszą ślady odległej przyszłości. Nie zamkniesz jej w ramy. Rany.
Otwierają się wielokrotnie. To norma, mówię, przecież łatwo się skaleczyć.

Szukaj odpowiedzi wśród ruin. Możesz odnieść skojarzenia do kilku spraw,
ale najbardziej pasują prostokąty wycięte w skałach. Przypominają drzwi
otwierane przeciwnie do ruchu zegara. Teoria względności nie wyjaśnia działania
w obydwu kierunkach. Dochodzi do przedziwnych zjawisk.

Wtedy rodzą się Poe. Twory.


(20 grudnia 2015)



pasmo/cykl: W dupiu. Ruchome piaski


Pod. Poe. Wierzch. Nią           


Wskutek precesji wiele przepadło. Teraz zimno.

Tylko w przelśnieniach czuje się klimaty. Sekrety, które kryją
w ramionach, otwartych oknach i artefaktach. W zgęstnieniach
rodzi się mgła, a ja na wszystko potrzebuję dowodów. Pnączy na ścianach
i spiralnych linii wzdłuż. Dlatego określ współrzędne i ustal, które są bliżej,

a które dalej. Jeżeli linearność ma koniec, to czy początek istnieje
w płaskich gwiazdozbiorach czy tylko w wyobraźni. Nie można wiedzieć,
że to niemożliwe, zatem przystosowuję do życia. W głębokim oceanie
rozciąga się strefa ciszy i tylko zapisane na kamieniach słowa

zdumiewają przybyszów, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Zagadka komplikuje się i przybiera kształt wiru. Czy wtedy można być
na przeciwległych orbitach, w dziwacznych skałach
i zmutowanych zwierzętach. Sue, czy można

(u)kryć się?


(12 października 2015)



Poe. Rachunki           


Każdy ma własną drogę, ale nie każdy decyduje się nią podążyć.
/z filmu "Szczęściarz"/


Nie mam nic do powiedzenia, mówi Sue. Poe jest dzisiaj wkurwiona,
idealnie wpasowuje w kraj. Obrazy ulegają rozwarstwieniu i na. Przemiennie
od wracają, jakby nic, jakby nigdy nie miały grać. Zgrać na jakiś moment.
Te same schematy przewijają się w kadrach i skrzą. Iskrzą w relacjach,

w rozwianych włosach. Są niewykrywalne jak tropy, dziesiątki odniesień,
w które nie chcesz się wgłębiać. Wieczorem układasz się równolegle do szypułki,
zagadujesz, że chronologia nie ma znaczenia. Dlatego wierzę. Powoli otwieram.

Pozbywanie się przedmiotów jest przyjemne, mówi
i pozbywa się imion, nachylenia osi, odłamków, jak wtedy,

gdy Poe roniła.


(24 lipca 2014)



Muszą być wulkany           



Powroty. Za nimi nic się nie kryje, powtarza Poe, jak mantrę.
Chciałoby się usiąść. Na liściu ułożyć stokrotki i wejść na gałąź,
zawiesić złote rybki w worku. Niech spełniają życzenia dziewczyny
z lasu. Niesie serce w kartonowym pudełku, nad nią ptak i drzewo
w czterech porach roku. Zielony kot steruje łodzią.

Wokół unoszą się dmuchawce.

Poe graniczy z cudem i polem maków. Przygarnia żyrafy i słonie. Kruki
zostawiają tropy. Stąd rysy na podłodze i pierwsza część. Dziewczyna
w żółtej spódnicy. Trzyma balon,

by powstała atmosfera.


(27 listopada 2013)



Tricks           

Albertowi


To nie jest rzeczywistość? A co jest rzeczywiste?


Przyszłam położyć się na chwilę. W Twoim łóżku
pachnie jeszcze dziecięctwem. Omijaniem trudnych spraw
i skokami. Czuje się przesyt daleki od pierwotnych zamierzeń.
Muszę to w sobie ochłodzić. Oswoić zakłócanie sygnału,
realistyczne sny. Wszystko jest pilnie strzeżone.

Właśnie teraz się zmieniam. Odgrywam dziwne role.
Scena określa tymczasowe trwanie i sploty. Okoliczności
sprzyjają zaokiennym powrotom. Wiem, że w końcu znikną
pod małym leśnym stawem. W rękach kawałek papieru.
Nie mogę go wyjaśnić.

Poe siedzi w słoiku. W siódmym rzędzie od końca
próbuje powstrzymać rozprzestrzenianie się stworzeń.


(7 marzec 2013)



Za. Barwienie           


Spróbuj przyzwyczaić się do krytyków tak
jak słup latarni przyzwyczaił się do psów.
/z filmu o Andersenie/


Tak, to miał być początek. Wiśniowanie i miejsce, gdzie wyją wilki.
Tymczasem okazało się, że scalone są tylko gwiazdy w układach.
Wędrujemy. Drzewa wyznaczają granice i miejsca, w których mieszkają
pumy. Nieważkość daje o sobie znać, a rzeki przyśpieszają.

Poe opowiada o deszczu, o prawach kwantowej grawitacji, że mogłaby
wyjść dzisiaj, wrócić wczoraj. Powrócić do określonego momentu przeszłości.
Niektóre miejsca są bardziej prawdopodobne od innych, mówi, nie muszę się ograniczać
do tego, co mieści się w jednej głowie. Wszechświat nie potrzebuje czasu,
ani opatrywania ran. Wykluczam więc chorobę psychiczną

i odprawiam egzorcyzmy.


(13 sierpień 2012)



O. Sobie           


Wyobraź sobie świat, w którym wszystko jest możliwe.

Z otworów i wypukłości pierzchają cienie podobne do wielorybów.
Wyrzucone na plażę budzą krewetki i gigantyczne kamienne głowy,
pozostałości dna pradawnego oceanu. Nie zachowują się industrialnie
jak obiekty czy zapiski starożytnych egipcjan. W głowie

same pudełka, w każdym coś innego. Graty. Starocie sprzed naszej ery.
Nawet rzeczy mało prawdopodobne mogą się wydarzyć, więc tworzę
alter ego. Kosmiczną pępowinę łączącą światy. Groty udekorowane
świętymi malowidłami. Kamyki tworzą piaskowiec.

Za kartonami przy szafie ciała spadają ci z nieba. Na ścianie
przysiadł mól. Zabiłam go łapką na muchy.

Palisz? Palę.


(17 kwiecień 2012)




Od. Dzielenie            Posłuchaj


Co się stanie, kiedy zapadnie się w siebie? Ulegnie rozdzieleniu?

To miała być proza. Miało się toczyć i naginać. Istnieć wielowymiarowo
i przestrzennie. Wcześniej były małe karłowate twory uwiązane siłą grawitacji.
Energia tworzenia i potęga niszczenia. Później wszystko zaczęło się zmieniać.
Istnieć i sięgać do dziesiątego szczebla.

Złudzenie.

Muszę cię zmartwić. Każdej gwieździe przeznaczona jest śmierć.
Może dlatego zmieniła się w jałowe pustkowie, a ja straciłam energię.
To miała być proza, ale wszystko się pokręciło. Jest zimniej niż wczoraj
i lato skończyło się o wiele za wcześnie.

Kogo chcesz znaleźć, jeśli statek zatonął całe wieki temu?


(26 sierpnia 2011)



pasmo/cykl: W różnościach. Zatenczas


W głowie. Efekt relatywistyczny           


Ty oparłeś się pokusie, a ona nie.
Dlatego straciła zmysły.


W czasie same dziury. Kruki zostawiają ślady na śniegu
i kurze łapki wokół oczu. S zaprasza do szuflady.
Jest bardziej pojemna niż pudełko z czekoladkami.
To takie moje małe orgie, mówi. Pękate pajączki
wędrują z oazy do oazy. Przewracają strony
i odczytują tajemne znaki.

Zakleszcz się. Zrób ze mnie potwora
i powiedz, że się znęcam.


W myślach pustka i historia lisicy z tekturowego lasu.
Chińszczyzna. Żółw odradzający się z popiołów
dostarcza informacji o wszechświecie, który był

uśpiony.


(6 stycznia 2012)


W kolorach. Róże           


W czasie rzeczywistym wszystko wyglądało inaczej.
Asymilowało się z ruchliwym skrzyżowaniem i grupowało
wokół stóp. Tysiące klatek i ułamki sekund. Jak po środkach
halucynogennych. Jak zawijanie włosów i od

cienie. Pozostały sekretem.

Przychodził, ale nie grał. Siadał po turecku i gapił się w tłum.
Depesze. Deszcz. Pozwalały zostać. Później maleńkie zjawy
i zapadanie grawitacyjne. Większość kryła się pod warstwą,
na pęknięciach. Zniknęła radość. W zamian schizofrenia,

dryfowanie

w nieznanym kierunku. Teraz stare nowe odsłony nie wchodzą w grę,
ani małe organizmy na dnie morza. Szuka życia na innych planetach.
Śledzi ewolucję i tworzy mapę wiatrów.

Startujesz w zawodach czy to miejsce na skali?

Przestaję już o tym myśleć, choć mówią, że prawdziwe historie
są ciekawsze od wymyślonych. Znalazłem punkt zaczepienia.
Od i dokręcanie. Setki kilometrów wybrzeża i mikroorganizmy
na dnie oceanu. Wewnętrzne potwory przypominają o swoim istnieniu.

Odcienie pozostają sekretem bogów.


(27 luty 2010)



W snach. Wędrówka

Po co mi skrzydła, skoro nie mogę poczuć wiatru na twarzy.

Podsumowuje zagrożenia. Miniaturowe królestwa. Mówi.
Nie chcę się tak starzeć. Podobno samce lubią wędrówki,
porywają ptaki z brzegów. Temperatura jest teraz niższa

i krawędź zapadła. Dla mnie to za mało. Zaczynam od początku.
Zapobiegam krzepnięciu. Załóżmy, jesteś na meczu. Za każdym razem
z ciekawością opowiadasz historię, ale nigdy jej nie opiszesz.

Teraz sześćdziesiąt i ciągle rośnie. Nie wiem, czy coś jest nie tak
i na tym polega problem. Później nazywasz go tchórzem.
Nie potrafi pociągnąć za spust, a cząsteczki deformują się.

Czekam aż usłyszę nazwisko. Popycham ku zagładzie i kontroluję gniew.
To proste z perspektywy czasu i miejsca, z którego wyszedłem.
Wspólnie tworzą torę więc trudno nie zauważyć, że nie umarłem

trzydzieści lat później.


(17 styczeń 2010)



W drzewach. Gdybanie albo Mógłbym być dębem            Posłuchaj


Ale to nie znaczy, że nie mogę być sekwoją. Wszystko zmienia się
w zależności od znalezisk. Zadawania kolejnych pytań i interpretacji.
Staję się kultową postacią, sprzecznością w tworzeniu historii. Związkiem
rodzinnym lub przyrodnim bratem. Testy nie są jednak zbyt dokładne.

Odkładam je na później i mówię, że późnieję. Rozkładam ręce. Wewnątrz
odzywa się ptak. Wygląda na to, że kos. Ale nie jestem pewien czarnych piór
i pomarańczowego dzioba. Roztkliwiam się nad śpiewem i wypatruję. W gałęziach
drżą liście. Sugeruję brzmienie i tonacje. W zamian od końca do wątpliwych teorii do

wodzę. Za nos lub jak tam sobie życzysz. I to nie jest żadne novum. Profanum
też raczej nie wchodzi w grę, więc rozbudzam egoizm. Małe samolubstewka.
Wykorzystuję pod warstwieniem się innych. Zostawiam dwa zakończenia
i co najmniej trzy interpretacje. Pytasz co mnie tak dziwi.

W zasadzie nic, prócz tego, że mógłbym być baobabem.


(22 kwiecień 2009)


W kolorach. Szarości

Właściwie nie ma żadnej różnicy. Wszystko zaczyna się od jednego kroku.
W głąb lub na zewnątrz. Krótkie rozbłyski, cząsteczki, przekraczanie norm
i gesty. W tych samych głupawych kciukach. Wrażenie, że wszędzie pełno.
Pełni się, spełnia, napełnia. Nie zaznaczam się w tej kwestii, ani w żadnej innej.
Wszystko jedno, czy w zenicie, czy pod widnokręgiem. Przesącza się
z gęstej atmosfery do wnętrza i wywnętrza się w pośrednich kolorach.
W barwach między nocą i dniem.

No i widzisz, głupia mała kotko, znowu masz brudny nosek.

Zapełnia się. Doskonale pamiętam scenę, którą kręcili właśnie w tym miejscu.
Schody. Chętnie wejdę i zajrzę do środka. Innym razem. Wciąż ta sama kawiarnia
i kawa z rumem. Właściwie to nigdy nie zapytałam, co projektujesz. Wnętrza,
ogrody, domy. Wieczorny spacer nad Wisłą. Czas na przemyślenia, gdy sen
nie przychodzi, a na plantach wciąż tak samo. Możesz darować sobie gesty.
Nie obiecywać sobie zbyt wiele, nic nie obiecywać. Przecież widać,
że nie jest zainteresowany. Nigdy nie był.

Wtapiam się w otoczenie, mieszam obrazy i fakty.
Nie mają znaczenia. Rozchodzą się w swoje światy.

(16 wrzesień 2007)



W kolorach. Brązy

Przeciągnij palcami po włosach. Po moich. Opcja czytania
tekstów do środka i od uruchamia się sama. Tworzy różne drogi
interpretacyjne. Pod i międzyskórnie wnikają, że nie można się oprzeć,
ani tkwić w jednym miejscu. Kiedyś płynęła tu rzeka, ale nie dziś.

W strukturach i strukturalnie czuje się przesyt. Spinanie lub spięcia,
improwizują międzyprzestrzeń. Wchodzi się wtedy w odcienie
od prawie czarnych po kawę z mlekiem. Z dużą ilością pytań i ich brakiem.
Odniesieniami, które przecinają się w pewnych punktach. W miejscach,

gdzie czas płynie inaczej. Jak gdyby obok. W granicach i poza nimi.
Zmienia się ubarwienie i ból głowy rozszerza wzdłuż pleców, aż po pas.
Mały precedens w tej części świata i nic nie jest naturalnie. Bo nie może być,
kiedy połyka się jedną za drugą. Zakładam nogę na nogę, podpieram głowę

na dłoniach, ogniskuję się w sobie. Nie odpowiadam na sygnały z zewnątrz,
zamykam drzwi i otwieram okna. Oczy patrzą na księżyce. Księży się,
chciałabym powiedzieć, brązowieje. Zamiast tego podnoszę szklankę.
Uśmiecham się do naprzeciw, bo siedzicie. Czytam, wszystko można

z twarzy i gestów. Gęstnieję i to, co wokół również.
Zielenie przechodzą w brązy. Za rok opowiesz jeszcze raz,
warstwa po warstwie.

(25 sierpień 2007)

pasmo: Płaszczyzny


Abstrakty. (Do) sięganie

I jesteś za każdym razem zdziwiona.

Odpowiedź leży nie tutaj i nie tam. Wlewa się jak atrament
i tworzy dziwne floresy. Czy to wszystko jest normalne, nie wiem.
Siedzenie w głowach, w kieszeni, w torebce. Odległości rosną.
Parabola zgodna z oczekiwaniami, bo niby czemu nie,

skoro ty tam, a ja tu. Przestrzeń jest rzeczą, mogłabym powiedzieć,
ale nie chcę być monotematyczna. Dlatego pewnie mówię do ciebie mała.
I wszystko nie trzyma się, ale jest w ciągłym ruchu. Na tych samych trajektoriach

niesie z sobą destrukcję i kilka możliwości działania. Serię ujęć
zatrzymanych w kadrze i eksplozję, która uwalnia energię. Cykle.
Mogą być różne, a nie wiem, który masz na myśli. Przesuwam
kontynenty, tworzę jeden i znowu jestem głodna.

Z lekką dozą humoru ściągam z powierzchni
nas, łóżwie, refie i inne.


(5 marca 2011)



Horyzontalnie. Dzieciństwo


Mamie

Nie lubię obierać pomarańczy. Inna sprawa to zjadanie,
gdy podadzą na tacy. Kobieca część mózgu podpowiada.
Opowiada historie kociego śpiewu.

Chyba wiem jak się czujesz.

Trzeba oddychać. Wstać i otrzepać się, jakby się nic nie stało.
Czasem przypominają dobre złe czasy. Historie dzieciństwa
i zabawy nad rzeką. Kamień na kamieniu. Miały tworzyć tamę,
skrót na drugi brzeg.

Zamiast czekolady kakaowy kogel mogel. Wracanie
na koniec kolejki, dopóki półki nie opustoszeją.
W czapce, bez czapki, w kapturze.

Dziecko, czy ja cię już nie widziałam?

Małe chude dziewczynki nie wrastają w historię. Tworzą własną.
O bosych kamieniach i bieganiu po nich. Wystają z rzeki, składają
w bukiety polne kwiaty i szukają mrowisk pod kamieniami.
Później powroty do miasta. Wzrastanie. Wrastanie w codzienność.
Oranżeria. Wszystko się jej podporządkowuje.

Duże szczupłe dziewczyny doskonalą się
w swojej samotności. Wsłuchują w ciszę.

W drzewa.


(30 grudzień 2008)



Warstwienie się. Odbarwianie

Trudno pokochać ziarenko ryżu.
/z filmu "Powiedz, że mnie kochasz"/



Opowiadała o rozpalonych ogniach, głowach dręczonych
przez koszmary. Sprawiała, że świat był inny. Zawsze w dół.
W górze wyczuwała pułapkę, coś w stylu lepu. Lepienia się
do ścian i sufitu. Trudno się było wyplątać.

Sprawiało jej to jednak przyjemność. W szarolistnych ruchach
gromadziła ognie. Rozpalała ogniska na skałach. Twardniała.
Wokół układało się stopniowo. Topniało. Topiło się,
tworząc scenerie, krajobrazy księżycowe, wchodzenie pod

i wychodzenie naprzeciw. Rozkwitało w luźnych rozmowach
na tematy pochodne. Zabawne, jak kręcenie się między jeden a dwa,
między deserem a kolacją. Wchodzenie w morze martwe
i spotykanie po drodze. Teraz wszystko może się zdarzyć.

Wygrany wyścig po wewnętrznej i wyjście po zewnętrznej.
Do środka. A wszystko po to, by wymusić błąd.

W rudościach i czerniach.

(4 października 2008)



Imiennie. Jolka            Posłuchaj

Jolce B.

Jesteśmy w dobrym miejscu. Gęsta zbitka materii.
Protogwiazda. Ten sam proces przebiega we wnętrzu.
Rozszerza się w ciągu kolejnych miesięcy. Tworzy pierwiastki,
reakcje atomowe, nowe gwiazdy i bada materiał.

Sprowadza próbki z kosmosu, asteroidy i tworzy formuły. Pozostałości
z najwcześniejszych dni. Zbiera pył i wchodzi w atmosferę. Łączy.
Historię powstania z naszym wszechświatem. Później kompresja.
Początek i zapadanie się by po wstać. Siła grawitacji. Naukowa zagadka.

Przyciąga. Tworzy nowe obiekty. Z jednakową siłą
w każdym kierunku. Niezależnie od temperatury
od zewnątrz do wewnątrz ochładza, kondensuje
i staje się autorytetem.

Jesteśmy w dobrym miejscu, powtarzam i rezerwuję
stolik. Miejsce, gdzie osiąga się spokój. Dźwięki.
W różnych tonacjach tworzą symfonię.


(26 marca 2008)


Horyzontalnie
Wiersz dla Wuszki

Dobrze, że wkurwia, bo gdybyś powiedziała, że odzewnętrznia
mogłoby znaczyć, że kolejne porywa i robi się nudno. Przeistoczenia.
Są jak pestki w pomarańczy. Wyobraź sobie słodką, soczystą, a w niej pestka.
Ale nie o to chodzi, bo to jedynie w środku. Małe rozszczepienie, albo synteza.
Dziwne miejsce z nawarstwianiem od środka. W środku smakuje inaczej.

Odwewnętrznie rozwarstwia się. I teraz już namieszałam, ale jak znam życie, wiesz,
jak i poprzednimi razy. Podkreślam oczy. To one polują na dzikie, tracą
kontakt z językiem. Możemy pomyśleć w środku, napisać dziennik z życia kotów.
Tych rudych, czarnych i szaroburych. Można by też zdobyć szczyt, sięgnąć wenus
i rozgryźć dwa twarde orzechy. Później zakręcić wszystkim, wymieszać i ułożyć

na skale. Mają swoje sekrety i wielkie tajemnice w różnych barwach i odcieniach.
Przed i po osuszają. Skórę. Powierzchnię. Po wierzchnie warstwy odkładają coraz wyżej
zamyka się i głębiej wchodzi pod powieki. Otwieram drzewa. Odkrywają słoje.

Ileż to już dni, miesięcy, lat, gdy patrzę na twoje wiersze.

(11 listopad 2007)


Przestrzennie. Rozbliźnianie

Już zapomnieliśmy skostniałe stopy i dłonie starego mieszkania.
Patrzysz więc nieco zdziwiony, a mi się nie chce tłumaczyć
znieczuleń. Czułości z nie na temat. Jakieś dwie godziny i rano.
Znów wychodzisz zbyt wcześnie i w języku żadnych nowości,
twardych konturów, ani urwistych brzegów. Biegów. Biegunów.

Hiperkinetycznym ruchem obracam górne warstwy. Wracam od początku
do końca wszystko biegnie. Spłaszcza się na biegunach. Osadza o tej porze
zimno i pusto. Coraz dłuższe opóźnienia w przekazie. Randki powinny być
zakazane. Stany wkurwienne i Lotaryngia na krańcach. Czekanie na zewnątrz,
żółte bloki skalne, podnoszenie głosu w tonach sol i la. Wirowanie. Windowanie,

kiedy się marszczy, gniecie. Szeleści w rytmach arktycznych mrozów.
Nie wiadomo co. I dlaczego wsiadają w inne pociągi. Pociągam sznurki
i za ciągnę. Zaciągam dymem. Bawię. Zabawiam w gierki słowne.

Istnieją przed i po.

(15 październik 2007)


pasmo: Krajobrazy księżycowe


Dotekstowo

Połóż, niech wyschnie.

Odrobinę irytująco. Przed każdym wyjazdem okresowo
wylewał się. Osłaniał ogień od wiatru. Rozumiał mniej
albo więcej. Wahadłowo. Inaczej, niż ktokolwiek mógłby,
przygotowywał do lotu. Szybował. W środku było chłodniej.

Na razie nie możesz tu zostać.

Mikroskopy, szczelne pudełka. Miał dwa księżyce. Smugi i rowy,
jak podrapane pazurami. Zaglądał. Czytał. Wciąż był na swoim
nie swoim miejscu. Zabliźniał rany, a one otwierały się na nowo.
Cowieczorny rytuał i co najmniej cztery poważne powody.

Jeszcze zdążysz kupić kalendarz.

Za istniał głęboko, że się poszczęściło.
Dorzucił.

(22 sierpień 2007)



Dowewnętrznie

Dla Doroty S. i Marka R.

Źródłem były plamy. Białe i ciche, rozpaczliwie daleko.
Przypominał historie powstania ran. Kiedy kości na wierzchu
i krew. Pamiętał rozmowy, odkrywanie sekretów. Przychodziły
na myśl, jak poranne przygotowania do podróży. Historie.

Powstały wyłącznie z kamieni. I z drzew. Płaską stroną
na zewnątrz. Wiarygodne motywy, uzasadnione
wątpliwości. Można powiedzieć, że wyczuwał to
intuicyjnie. Wyciskał oddech z płuc.

Nie mówiła dokąd jedzie i że lubi książki. Wiersze. Rozchodzą się.
Między grzbietami górskimi i w dolinach rzek. Skały. Zawsze mają
coś do powiedzenia. (Dopowiedzenia nie wchodzą w grę.) Trzeba przejrzeć.
Do wewnątrz zaglądać i odbierać sygnały. Cofnąć się ze zbliżenia do krawędzi.

Lawa. Wyciągał dłonie i wypływał do wewnątrz zanosił się
śmiechem. Rozlewał, jakby świat składał się z samych rozczarowań.
Piętrzył się, sięgał dziesięciu mil, blokował systemy nerwowe.
Porastał lasem. Opowieściami o tworzeniu ran, zakrywaniu kości,

odkrywaniu wnętrza. Tworzył obieg zamknięty.
Im głębszy, tym szybciej płynęła. Nie wróciło
wrażenie schwytania w pułapkę,
kiedy pierwszy raz otworzyła drzwi.

(11 sierpień 2007)



Że ptaki odpoczywały we mnie

Pracowała w skupieniu. Szeptała pochylona nad kartką.
Zmagała się. Kończyła. Obiecywała, że nie będzie
rozdrabniać i oswajała. Robaczki świętojańskie
na dłoniach. Sekundowe milczenia. Kołowrotki.

Rododendrony. Leniwie kołujące śpiewanki. Śpiewowniki.
Przepływały przez nią. Brakowało bliskości. Snu. Odczuwał
brak wody. Zamknął horyzont. Wynikał z czegoś wzajemnie.
Porozumiewał się, oglądał filmy. Zawsze w połowie drogi

uciekał. Nie włożył swetra. Spowijała go. Wiła i roz. Nosiła
w sobie międzyścieżkowo. Złożone formy. Fiołki trójbarwne
i słodkie koniczyny. Przyglądał się. Właśnie wróciłam. Mówiła.
Nie mogę myśleć o innych rzeczach, kiedy różni smak. Nawet

jeśli budzi to pewien sprzeciw.
Choć muszę przyznać, był taki moment.

(10 czerwiec 2007)



Czy ktoś już dla ciebie tak umierał

Wiesz, Kate, ślicznie wyglądasz, kiedy pętlę zataczasz
łączysz początek z końcem. Marszczysz czoło w gniewie.
Gniewnie roztaczasz po widoki dłonią dotykasz.
Włosy rozkładasz jak parasol deszczonieodporny.

Kocham twoje stopy. Delikatnie zapadają się w trawę
zasiewasz mlecze i stokrotki. Kiedy mówisz życie to życie,
a sen to sen, myślę w splecionych palcach miliony roz
targnięć. Samochwil. Pojawiają się jedna za drugą.

Gdybyś wiedziała, Kate, że nie zawsze wewnątrz
czasem obok stroi się. Przechodzi. Łamie sekwencje
czasowe. Przestrzenie. Paralele i parabole. Lunearnie
obraca. Krąży. Stacza przedświtem i przeddeszczowo za

sypia. Śpi. Zagarniam. Spoglądam i obok rodzą się góry.
Lasy szepcą historie. Niezwykłe. Garnę pod i do siebie
zapętlam. Pętlę się. Wiję rzeką, strumieniem. U twych stóp
schodzę w górę i w dół załamuję wilgotne tafle. Zniżam,

całuję ślady, drogę. Pazurami wbijam się
w ziemię. Ziemią. Ziemiście.

Nie patrz tak, Kate, tylko powiedz.

(28 maj 2007)

Świadek należy do pani

Kluczowym słowem było powoli. Na zbyt małej przestrzeni
niecałe dziesięć minut. Pod warstwą regolitu. Co trzy miesiące
siedział na skrzyżowaniu. Sprawdzał. Potrzebował miejsca.
Częstotliwości radiowych. Dróg. Zawijał trawę wokół stóp i oczu.
Serpentynami wił się wokół, oplatał. Nie odrywał oczu od. Czuwał.
Nie inaczej niż winorośl. Wrastał w siebie. Rozrastał się.

Brakowało mi snu, kiedy śpiewałeś kołysanki.
Powiedziała. To absurd, więc nie wierz w to, co słyszysz.
Puściła do niego oko. Przymrużyła. Zmęczenie dało się we znaki.

Miał dość czekania. Wszedł. Nim poczuł na własnej skórze i pod.
Ważna jest każda droga. Do środka. Powiedział. Dużo zarośli.
Parking. Spękane i pocięte szczelinami mury. Skały.
Nie przewodzą ciepła.

Zaczyna robić się ciekawie. Możemy się rozejrzeć?
Zakłócenie spokoju. Wystawa średniowiecznych zbroi.
Utrzymywanie czujności.

Nie przypuszczał, że jest tak stara i tak dobra.
Formalnie nie można wykluczyć że

sprawdza otoczenie.

(17 grudnia 2006)

I obudził tulipany

Ta sama ideologia. Jedno słowo, jeden obraz.
Moje historie nie mieszczą się w twoim oknie.
Powiedział. Jestem pośrodku niczego, a meduzy
są czerwone. Skały, pylisty regolit i znów skały.
Nie zawsze mieszkał w górach.

Lubię te miejsca, z których mnie zabierałeś.
Długo się rozkręcała. Na nosiła słowa. W sobie
i poza. Poprzez kamieniste podłoże. Wczoraj byłam.
Na ścianie portret. Wyglądał jak dzieło sztuki. Oczy
bliźniacze. Lśniące okruchy gagatu. Położyć się, płakać,
umrzeć, wyzwolić się wreszcie.

Pociągnął drugi łyk. Popatrzył i ustawił na przedłużeniu
śladów własnych stóp. Bliżej. Wyraźniej. Odpychał
od gruntu. Gładził. Ustalał współrzędne. Łatwość zginania
rąk i nóg. Linie łączące koniec z początkiem. Rysowały
pod naskórkiem. Później coraz głębiej i wyraźniej.
Dwadzieścia lat pomyłek. Struktur.

Układały się w jedną całość.
Więc pożegnał się.

(26 listopada 2006)



cykl: Różne punkty widzenia



Codziennie poprawiam ci humor

Po całuj. Pod po wieki. Po graj.
Mrugnij. Mrrr ugnij. Sekwencją
w równych odstępach czasu.

Odbija się wyrzucona w przestrzeń. Zwija
roz pada. Jak planetoida krąży nie bezpieczn(i)e
wody burzy. Gotuje w sobie za sobą ciągnie
pojedyncze nunataki i języki moren. In teresy.

Ci, którzy nie pamiętają przeszłości,
skazani są na jej powtarzanie.


Powtarza po za i prze cieki maluje na ścianach.
Lubię różne z(a)bytki. Powiedział N. Cztery
miesiące niemal po horyzont przy sunął się. O
tworzył. Przeczuciem architekta, że w starych

domach są różne rzeczy. Że za cegłami coś jest.
I że bóg ma dziwne poczucie humoru. Jak
cyrkowe dziwadło. Jeden z najważniejszych
elementów wyprawy.

Do tarło stopniowo,
że cała tętni życiem.
Wierszem.

N podziwia uśmiech.

*George Santayana

(18 sierpień 2006)



Portret potrójny albo po(trojony)

dla Szeket i Reteski

Jesteśmy sami. Nie jesteśmy sami.
Obie możliwości są przerażające.
/Arthur C. Clarke/


R zakręciła aparatem i z robiła noc. Jest jeszcze młoda.
O cholera! Wszystko w porządku? Ekstrawagancja tu
i ówdzie w tę i na bok nie za szkodzi. Może w(y)nosi
(się) wiele. Pomaga prze trwać. Trwa i oby jak najdłużej.

W tej dziedzinie ma przewagę, Mon Dieu. I żebyś słuchał.

Po. Wiedziała Sz. Tam, gdzie mieszkam jest. Niezłe z na gło
śnieniem. Snem. Po mieszaniem stylów. Nie płacz. Śpij już.
Wska kują zują po kręcę coś jeszcze. Siedemdziesiąt dwa metry oko
licznościowo. Licznie czasem w skazane. Nie traktuj mnie jak wariata.

Ryby będą dobrze brały po.
Lemizuję z tobą siebie przecież
to oczywiste, że zostaniesz na noc.
W końcu zsynchronizujemy wszechświat.

(10 sierpień 2006)



Gdy ukończono budowę

To chyba wszystko. Wejdziesz?

Sprytnie. Spryt tnie. A wtedy się nie płacze.
Z tyłu domu słucham. Stukam w okno na to,
co wokół i na wprost. Ok no. Czasem lepiej nie pytać.

Tak, tak. Ironizował. Nie chcę się o budzić. Po
trafię tak długo prowadzić. Wodzić. Wieść na manowce.
Dwoić się i troić. Trafiam w (se)dno. Se w dno.

Jak się nazywasz?

Naprawdę już się przyzwyczaiłem. Rozłoży się złoży,
gdy zrobi ciekawiej. Wy o b raźniej. Na skarpie.
Na brzegu do siebie przysuwam do i sunę.

Może byłaby z nas niezła para taneczna.
Obawiam się, że stan jest ciężki. Nie ma skały,
na której się podpierałem. Na dnie rzeki opieram mosty.

Z kotem na spółkę. Na półce aż do skały. Sprężam
powietrze. Śluza jest wejściem. Rozbijam i wyciągam.
Tłumaczył. Moczył nogi, jak w dantejskim zatapiał

błocie. Głowy głazy. Ale po co mi to opowiadasz. Za
pytała, by odłamki nie raniły o pół metra tygodniowo.
Całymi dniami pozwalasz za z stąpić rozprzestrzenić się

w sklepieniu i palić kilka godzin. Godzinami wracać do.
Warstwy drewna. Roz ważyć do tarcie na. Z wielkim we
drzeć się. Do środka i za mknąć.

To niefrasobliwość. Powiedział po.
Wiedział, co jest trzy razy głębiej od.
Bije się od dna tym bardziej.

Połączono ją jedną linią.

(30 lipiec 2006)




S stawia kolejną kropkę

Sporządzam notatki. Nota tkwi.
Tkwię nie tkwię. Nie tknę. Tkam.

Różnorodność jest niezaprzeczalnym.
Faktem. Wariantem jednym z wielu.
Po otwarciu oczu. Okien. Tropikalnych bagien.

Przerwał serię, rozerwał klatkę szaleńców.
Sporządził rysopis milimetr od serca
w tekturowym pudle naga czaszka.

Stawia znaki zapytania. Pytania na i obok.
Bawi się po wie i wodzeniem. Po wodzie
spośród pierwszych i jedynych.

Każdy ma swoją historię.

(1 maja 2006)





H pyta N otwiera książkę

Skręca. Zakręty tworzy wielo znacznym
poszukiwaniem. Szukaniem wielowymiarowości.
Wymiarów niedostępnych niedostosowanych
spojrzeniem. Spogląda z boku ob serwuje dzieli.
Rozdziela i od. Chodzi swoimi jak kot.

Trzeba umieć z rozkładanych foteli czytać
znaki. Zapiski niby nic nie znaczące.
Rozmowa. Mowa. Mawia, że to efekt
splotu. Fascynujących krajobrazów. Obrazy.
Wie, które lubi i które chce. Czytać wy
czytywać. Spijać z ust i skroni.

Zwyczajnie. Powiedziała N z podziałem i bez. Z
męczona nie jestem. Po swojemu wiem. Co lubię
i jak. Trafiam tylko w niektóre punkty. Zderzenia i zda.
Czerwone ułożyłam wczoraj w koszach i wazonach. Więc zo
stawiam kolejne. Kropki. Ślady. Śladowe ilości w tę i z powrotem.
Na zewnątrz i do wewnątrz projektuję. Czytam od
czytuję. Pozornie bez sensu. Snu. Prze z
stawiam na drugą i z
rzucam.

Kolce. Kolące i bo. Kłują.
Można wejść i poszukać.
Doszukać się, jeśli chce.

N kończy od powiedź.
Powieść. I zamyka.
Zanika na czas nieokreślony.

(25 lipiec 2006)



Wskazówki niekoniecznie prowadzą do celu

Rozwiesiła. Uśmiechy na lewo i prawo zrozumiała
roztargnione historie. Sprawdziła terminarz.
Słowa ulotniły się jednak z pierwszym powiewem
prądów morskich.

Powiedział. Będę przynosił kwiaty.
Śpiewał wyssane z palca opowieści wilków morskich.

Trzeba przemyśleć i zacząć jeszcze raz.

Ona. Ułoży kwiaty w wazonie i zaśpiewa
lub wy ssane z palca historie przyniosą prądy morskie.
Zrozumie słowa z opowieści wilków i powie.

On. Uśmiechnie się na myśl o powie wie
z terminarza. Sprawdzi roztargnionym
ruchem ślepy zaułek i ulotni pierwsze
rozwieszone lampy wskazówki.

Miał pan nas zabrać.
Drugim wyjściem.

(12 styczeń 2006)



I odgarnia włosy z czoła

Nawet jeśli przetrwa, nie wpadnie na kawę. Dąsa się bez pojęcia
wy obraża. W godzinie alarmu promem przed i po czasie. Od
wrócić. Odrestaurować. Niech nabierze kolorów.

Za mruga warstwami atmosfery. W mgławicach zrodzą się
setki. Bezokolicznikowo. Okolicznościowo. Z ołówkiem
i kawałkiem papieru wyczekiwania w pokoju.
Nie odrywa oka od mapy.

Opróżnia ironicznie. Śmiech. Czarne w mroku.
Ładniej niż za dnia. Krzesło z orzechowych drzew.
Dalekie odgłosy wulgarnej za i ulotności.

Nie głaszcze po włosach. Ma gdzieś dobre maniery.
Przestawia z jednego stołu na drugi.
Staje pośrodku.

(9 grudnia 2005)



pasmo: W tym i tamtym wymiarze



(De) Indywidualizacja czyli trzecia teoria z jakiejś tam wskazówki


Sikać też mam na siedząco? Zapytał zignorowany
przez większość dziwny wytwór wyobraźni,
po czym wyszedł z siebie i stanął pomiędzy.
Ustami tylko mlasnął, a pucharu nie zdążył podnieść.
Przeszkodziła przestrzeń (między) palcami poruszając w butach.

Och! Ach! Śmiech przez łzy. Jakież to banalne.
Powiedziała lukrecja, polewając gęstym malinowym po i dookoła.
Na czym to stanęliśmy?

Na mojej bliżej (nie)określonej części ciała. Piskliwym głosem oświadczyło
słodkie zauroczenie, po czym zaczęło się drzeć w niebogłosy,
że (nie) wyjdzie z tego pokrzywdzone.

W tym wszystkim zabrakło fantazji. Poszła nazbierać grzybów.
(bo podobno wyobraźnia nabrała na nie straszliwej ochoty)
Tymczasem ochota brała kąpiel w jeziorze rozkoszując się,
ale z umiarem i bez zbędnych emocji.

Umiar jednak szybko znudził się pływaniem, więc nakręcił
wczorajszą drakę na godzinę przed pójściem do łóżka.
Więc to tak? Wtrąciła się lukrecja. Nie dam się zmanipulować,
choćby mnie mieli na cały dzień zamknąć w ciemni.

Ha! A to ci dopiero niespodzianka. Mamy tu wyraźny konflikt.
Wykrzyknęła furia, po czym dostała szału i trzasnęła
klamkę wyrzucając przez okno. Wszyscy patrzyli zdziwieni,
a brzegiem przebiegło jakieś nieporozumienie i cała impreza
zakończyła się historią ogrodnictwa.
Przesadzono tu i ówdzie (nie)koniecznie na temat.

Rozczarowane emocje machnęły nie wiadomo czym,
mówiąc, że taka historia nie przejdzie, a w takim układzie
muchy w nosie nadal pozostają zagadką.

A ja mam uszy jak żagle. Oznajmił śmiech
przez łzy po czym parsknął, wzruszając rzęsami
(bo ramion nie posiadał).

(2 sierpień 2005)


Warstwami się poukładać


Cierpienie innych miesz(k)ało (w) jej w głowie.
Każdy kiedyś umiera. To nie tajemnica.

(Tak się przejmujesz, jakby to ciebie mieli powiesić.)

Przyjęcia. Wielki świat. Brzęk tłuczonego szkła.
(Po)rozmawia(j)my o rzeczach praktycznych.
O koncentrowaniu się na tu i teraz.
Uczcić coś cokolwiek. Cholernie fajne miejsce.

Podzielone na mniejsze stada. Półślepe.
Woniejące kwiatami.

(Jakby to ciebie mieli.)

Kłopoty z wiernością nie wchodzą w grę.
Ani problemy z przeszłym dokonanym i nie
między wiśniami a biszkoptem.

(Trzeba pamiętać, żeby się nie garbić.)

Ci co (o) nas wi(e)dzą (nie) (do)strzeg(aj)ą nas.
Na różne (nie) wiedząc jak.
Zdarza się, że uczeń przerasta mistrza.

(7 lipca 2005)



By spłonęła pustka, zazieleniła się woda

Gdybym chciała powiedzieć jak kocham, musiałabym
zgromadzić najpierw wszystkie burze w jednym miejscu.
Popatrzeć na świat z perspektywy kogoś innego.
I udawać, że wolę umrzeć na zewnątrz niż przestać do wewnątrz.

(Jakiś damski dezodorant?)

Nie zadawaj głupich pytań, bo wysiądę.
Musiałam odszukać. Bez poszukiwań ze świecą się samoodnaleźć,
ustabilizować stan.

(Zamrugaj na znak, że rozumiesz.)

Wtapiam się w wytwory cudzych wyobraźni.
Gdzieniegdzie brak obciążających dowodów.
Bez win(a) się nie obejdzie i bez z(a)mieszania.
Więc zm(n)ie(j)szam nasze razem na bardziej w później(szy)
(błogo)stan(owiący) wszechobecnego we dwoje.

Powiedzieć jak, nie jest prostą rzeczą,
bo banalnie to każdy,
a nie o to chodzi w gromadzeniu burz.

(Co się mieści w dwudziestu jeden gramach? )

Można zyskać anioła w dobrej formie
i zapytać ile waży dwadzieścia jeden gramów.

(30 czerwca 2005)



Jeśli mówimy o hipochondrii nie jestem doskonałym przykładem

Nie wiem, jak jest tym razem.
Pustynia została daleko w tyle,
a czas z łatwością przekształca wspomnienia.
Zniekształca na swój użytek.

Nie zacieram śladów w desperackiej próbie
samoobrony wylewam słowotoki.
Poglądy mogą być nieprawdziwe.
Z dystansem więc się przekręcam na kolejny bok,
niezależnie od tego ile ich mam.

Nie trzeba ustalać czyja krew. Bez tego wiadomo,
a koperta na stole wskazuje, że ktoś zaglądał do skrzynki.
Twarz może się zmienić, ale nie DNA.
O zmianę charakteru też trudno,
jeśli nie wspominać o zgorzknieniu.
Nie biorę pod uwagę. Nie dotyczy.

Hipochondryczką nie jestem, choć pewnie mam zadatki,
gdybym zmieniła otoczenie. Nie grozi.
Jestem w dobrym miejscu i czasie.

Jak kot mruczę zadowolona.
Zawsze tylko własnymi drogami napinam grzbiet.
Bardzo dla mnie ja sobie. Nie naginam faktów
ani rzeczywistości do własnych potrzeb
(zbędne zarzuty w kiepskim wydaniu już poza mną).

Jeśli nie liczyć rozmowy blisko z tobą dla ciebie do środka.
Nie mam niezwykłych potrzeb.

(28 luty 2005)

Z podziękowaniem dla 'oko', którego wiersz był dla mnie inspiracją


Co z tego że nie powiesz skoro wiem że ci się podoba

Z leniwym uśmiechem systematyzuję to i owo.
Gałązki płaczących brzóz. Źdźbła traw.
Osiadły na meblach kurz i skrzypiące żurawie studni.
Kłęby dymu i agrest w ogrodzie.

Głowy poruszają się jak mrowisko.
Wykłuć, poruszyć, popiołem obsypać patrząc w oczy.
Chrapliwie. Nie przepraszać. Nie rozumieć.

Zapisuję cyfry. Dębowe drzwi.
Świst piszczałek i pomiaukiwania kota.
Na odkrytym lub zakrytym miejscu nie odwracam się.
Nie zamykam drzwi na kłódkę, jeśli nie liczyć tych od piwnicy.

Rowy pełne wody i przekleństw. Las pachnący grzybami. Ostro.
Gnijące liście. I kocia mordka ze śmiesznym nosem.
Niech się wydaje lub nie. Tym. Nie tamtym. Co się nagromadziło.

Zamieszam łyżką i zmącę stare życie.
Się skończyło. Na całym horyzoncie.
Wyuzdane przekleństwa (choć nie w moim guście)
cisną się same na. Za wszelką cenę. Ponad rozum.

Z godziny na godzinę. Nie słabnę. Nie zasłabnę.
Jestem po stronie tylko mi znanej.
W tym i w tamtym wymiarze.
Możliwe, że wiem, co powiesz.
Możliwe, że wiesz, gdzie jestem.

(3 styczeń 2005)




Aż do bólu głowy niezrozumiałymi zygzakami

Zamknęła wieko fortepianu, a on zdjął nitkę z jej sukni.
Kawa wylewała się na dywan. Można. Nie można.
Gardzić. Jawnie. Za kulisami. Zanim wybuchnie.

Krucza uczta. Zazwyczaj nie jadam
romantycznych komedii na deser.
Niezłe cycki. Będzie ich używać
zamiast paska. Lub wsunie w skarpetki.
Przezabawne. Wszystko, prócz dużego stołu.

Nie wiem, ile razy wspinałam się.
Rozmowa urwała się. Dziś. W karcie dań.

Jestem gotowa do wyruszenia w morze.
Niezależnie od epoki. Lub nicości.
Niezdarnej i zepsutej.

Opieram łokcie. Na stole
pogięty samowar. Cukierki zjedzone.
Małym palcem dotykam warg.
Nie są niczym więcej.
Małe głupstewka. W liczbie mnogiej.

(26 grudzień 2004)


Abrakadabra zmruż oko

"Wszystko już jest i to co było
I to co będzie się zdarzyło
Wypełza z kątów straszna nuda
I nic wymyśleć się nie uda
Jest cicho, cicho tak że słychać
Jak pająk lepką tka zasadzkę"

/'W ciszy nawet kamień rośnie.' Maanam/

Zadziornie patrzę. Z politowaniem także.
Coś nowego nienowego. Przegadane nieprzegadane.
Ptaki z jajek też wyłażą takie same.
Sinusy i paradoksy do rupieciarni. Lub na strych.
Antyki i agrafki w jednym muzeum.
Wariaci i normalni pod jednym dachem. Może w zoo.
Pelargonie jakby zeszłoroczne. Czerwone.
Popijam kawę. Ciągle w kolorze czarnym.
Głowa boli z lewej strony nad okiem. Migrena.
Zamykam oczy przeciwbólowo. Połykam dwie tabletki.
Przejdzie nie przejdzie. Nie pamiętam.
Urywki, urywanki, wariacje na tematy czysto filozoficzne.
To jakaś psychoza ogólnie dostępna.

Abrakadabra.
Zagrać, zaśpiewać. Zapatrzeć się. Zaintonować.
Hokus-pokus nie działa.
Uśmiech. Dobra mina do złej gry.
Było nie było. Będzie nie będzie. Jest.
Z przymrużeniem oka szczękościsk.
Zacietrzewienie.

(8 lipiec 2004)


Powrót bez zahamowań


O tak. Oczywiście, że mam mnóstwo zahamowań,
jak również złych nawyków administracyjnie przydzielonych.
Wszyscy czują strach przewijający się ze szpulki
na szpulkę po tej właściwej stronie lustra. To, czego
nie złapałam, uleciało. Mniejszy strach czułam
przesypując ziarnka piasku z jednej dłoni do
drugiej i łapiąc chrabąszcze, które rozpełzły się
z przypadkowo stłuczonego akwarium. Ale wtedy
byłam bardzo otępiała Powoli wracam spoza
drugiej strony lustra. Nie umrę jak śpiew ptaków
zgaszony porywistym wiatrem.

(15 czerwiec 2004)



Nieopłacalne continuum


Nowe spojrzenie w tył zastawione pretensjami nieudanych polowań
na autostop. Nie zatrzymasz, nie masz takiej możliwości. Czas skłóconych
spojrzeń przeminął wraz z ostatnim tchnieniem poprzedniej wiosny.
Była bardzo rozgniewana, gdy stanąłeś jej na drodze. Wiosna wraca
co roku, ja odchodzę na zawsze. Rzeka i czas to przestarzałe wytwory,

ale nie można zatrzymać, podobnie jak rosnących paznokci i mnie.
Czasami jestem drobiazgowa. Zazwyczaj. I nie hoduję biedronek
ani żuków, bo to nieopłacalne. Jesteś tego doskonałym przykładem,
standardem nieudanej miłości. To przeszłość. Pamiętam ją jednak
z jedenastu westchnień, z continuum czasu i przestrzeni.

Paradoks, być może, ale nieuchwytny. I nie brzmi najlepiej skowyt
na chwałę okrągłej twarzy zapełniającej pustą dziurę na niebie. Jest za wysoko.
Nie słyszy wycia. Nikt też nie zaśpiewa o wielkim uczuciu, które umarło
wraz z przyjściem na świat spełnionych życzeń. Wychylanie się przez okno
też niewiele pomaga, można za to wypaść na planetę małp. A cisza po

drugiej stronie nie oznacza, że to pomyłka, tylko, że ktoś chciał
rozmawiać nie ze mną. Chyba powinien wykręcić inny numer.

A ja może odpocznę by być.

(12 czerwiec 2004)